a- a a+
Kalendarz wydarzeń
Listopad
Pn
Wt
Śr
Cz
Pt
So
Nd
26
27
28
29
30
31
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
1
2
3
4
5
6
Brak wydarzeń w tym dniu.
Z życiem biorę się za bary - spotkanie z Bartoszem Górczakiem
20 - 05 - 2021

Z Bartoszem Górczakiem, sportowcem, Paralekkoatletycznym Mistrzem Polski w pchnięciu kulą, zdobywcą srebrnego medalu na Paralekkoatletycznych Mistrzostwach Europy, mieszkańcem Szewc, rozmawia Edyta Wasielewska

Jak zostaje się paralekkoatletycznym mistrzem Polski?

– Na pewno nie z dnia na dzień. Jak na wszystko, tak i w sporcie na wyniki pracuje się latami. Na zawody zacząłem jeździć w 2019 r., wtedy pojawiły się pierwsze sukcesy. W ubiegłym roku na Paralekkoatletycznych Mistrzostwach Polski zdobyłem medal brązowy, a teraz na Mistrzostwach Polski – złoty. W styczniu 2020 r. zostałem powołany do kadry narodowej, to ogromne wyróżnienie, ale też duża odpowiedzialność. W mojej kategorii F53 w Polsce, powiem nieskromnie (śmiech), nie mam sobie równych. W Europie jest tylko dwóch zawodników lepszych ode mnie: Czech z wynikiem 7,70 i Francuz z 8,75, i to z nimi muszę się zmierzyć. Mój obecny wynik: 7,66, a 7,80 daje mi już piąte miejsce na świecie i możliwość wyjazdu na igrzyska paraolimpijskie w Tokio. Na treningach robię wynik po 7,85, jednak mój trener Zbigniew Lewkowicz ciągle podnosi poprzeczkę i teraz mnie mobilizuje, abym zrobił 8. Mój drugi mentor: Lech Stoltman (brązowy medalista igrzysk paraolimpijskich, dwukrotny wicemistrz świata, brązowy medalista mistrzostw Europy) tak mi przygotował plan treningowy, że wyniki mam coraz lepsze. Jestem mu bardzo wdzięczny za wskazówki i pomoc.

Ile waży Pana kula?

– Trzy kilogramy, dla porównania: zawodników pełnosprawnych siedem kilogramów. W telewizji rzadko możemy oglądać rozgrywki np. paralekkoatletyczne. Czy Pana zdaniem sport pełnosprawnych zawodników ciągle jest o wiele bardziej doceniany niż niepełnosprawnych? – Trudno się nie zgodzić z tym, że rzadko jesteśmy pokazywani. Ale ja sam o wiele chętniej oglądam rzut kulą siódemką niż np. mój kulą trzykilogramową. Rzut siódemką to jak pocisk z armaty, wręcz wyskakuje z dłoni. Patrzę jak leci, siła jest wygenerowana, emocje ogromne.

Trenuje Pan w klubie Gorzowskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”. Czy bliżej Szewc nie było innego klubu?

– W gorzowskim „Starcie” trenują sami olimpijczycy i rekordziści świata. Jeśli chcę się rozwijać, to muszę się uczyć od najlepszych. W tym wyborze pomógł mi kolega, też zawodnik paralekkoatletyczny: Rafał Rocki, z którym też trenuję. Kiedyś, gratulując mu kolejnego sukcesu, napisałem w sms, że też chciałbym się sprawdzić w „Starcie”, a on na to: przyjeżdżaj i próbuj, podał kontakt do trenera. Nie trzeba było mi mówić dwa razy. Pojechałem, porozmawiałem z trenerem; zaproponował mi trzydniowy obóz, na którym się sprawdziłem i tak zostałem. Początkowo na obozach, np. w Sieradzu w 2019 r., miałem wynik 5,57, a dzisiaj – 7,56. W dwa lata udało mi się poprawić wynik. Nie osiągnąłbym tego bez ciężkiej pracy. Trenuję codziennie, w niektóre dni nawet po trzy razy dziennie. Raz w tygodniu jeżdżę do Gorzowa na zajęcia z moim trenerem. Do tego dochodzą wyjazdy na zgrupowania, zawody.

Czy sport był zawsze obecny w Pana życiu?

– Jak to w życiu młodego chłopka: dla zdrowia, dla siebie, na pewno nie zawodowo. Trochę trenowałem kick-boxing, w 2007 r. na Międzynarodowych Mistrzostwach Polski w kick-boxingu w Tarczynie zdobyłem brązowy medal. Jednak dopiero po wypadku sportem zająłem się zawodowo.

Wypadek spowodował, że w Pana życiu zmieniło się wszystko…

– Wieczór kawalerski, młodzieńcza brawura i skok do wody. Diagnoza: porażenie czterokończynowe, jestem unieruchomiony od pasa w dół. Przez pół roku nie wiedziałem, co z sobą zrobić, jak żyć. Ale nie poddałem się. Postawiłem na sport i rozpocząłem walkę.

Oprócz sportu była też praca zawodowa.

– Podjąłem pracę u pracodawcy, który jak się długo wydawało, wspierał moje sportowe działania. Jednak po czterech latach pracy powiedziano mi: „Bartek, ty się zdecyduj: chcesz pracować, czy trenować?”. Długo nie musiałem się zastanawiać. Nie po to trenuję tyle lat, tyle już poświęciłem, aby teraz z tego rezygnować. Chcę walczyć z najlepszymi na świecie, postawić wszystko na jedną kartę.

W Pana kalendarzu widzę gęsto zapisane terminy kolejnych zawodów. Znalazł się Pan też w grupie 78 reprezentantów Polski na Paralekkoatletyczne Mistrzostwa Europy w Bydgoszczy, z dużą szansą na wyjazd na igrzyska do Tokio. Czy w związku z tak licznymi zawodami odczuwa Pan dużą presję, stres?

– Stres wpisany jest w rozgrywki sportowe i – jak na mnie – działa bardzo mobilizująco. Zresztą w swoim życiu tyle przeżyłem, i nie mówię tu o sporcie, że zawody nie są w stanie jakoś specjalnie wytrącić mnie z równowagi. Każde mistrzostwa to nie tylko lepszy lub gorszy wynik, to coś o wiele więcej. Pokazanie, że daję radę, nie poddaję się.

Czy najbliżsi: rodzina, znajomi cieszą się z Pana sukcesów? Wspierają, pomagają?

– Pewnie. Rodzice są ze mnie dumni. I pomagają, nawet w treningach. W domu zrobiłem sobie taką małą siłownię z wyciągiem i czasami mówię kolegom, że trenuję z mamą. To znaczy, że jak nie mam z kim, bo wiadomo, są w pracy, mama mi pomaga, żona zresztą też. Z małżonką znamy się od dziesięciu lat, wspierała mnie w najtrudniejszych chwilach mojego życia i rozumie moją sportową pasję. Mieszkamy u moich rodziców w Szewcach, doczekaliśmy się dwójki dzieci: trzyletniego Marcela i półrocznego Borysa.

Spotykamy się w Sali Miejskiej w Buku. Podczas naszego spotkania padło wiele obietnic ze strony przedstawicieli Miasta i Gminy Buk, którzy chcą wspierać Pana sportowe zmagania. Jest propozycja trenowania w salach OSiR w Buku, być może dofinansowanie zakupu nowego wózka, też nagroda Burmistrza Miasta i Gminy Buk za wybitne osiągnięcia sportowe. Usłyszeliśmy od Burmistrza Pawła Adama: „Chcesz czy nie chcesz, musimy Cię wypromować” lub mniej oficjalnie „Chłopie, jesteś wielki, podziwiam Cię”. Już nie jest Pan anonimowym zawodnikiem z Szewc. Co Pan na to?

– Cieszę się z medali. Po to trenuję, aby je zdobywać. Doceniam, że gmina zamierza mnie wspierać w działaniach. Jesteśmy w dawnej synagodze, dziś Sali Miejskiej, pięknym miejscu, tu też brałem ślub. Ale nie to jest najważniejsze. Mój przykład pokazuje, że nawet po wypadku można walczyć o życie. Ani przez chwilę nie zwątpiłem, że trzeba iść do przodu. Udało się. Realizuję sportowe marzenia, mam szczęśliwą rodzinę, wierne grono przyjaciół. Ale myślę też o tych młodych ludziach, których dopada jakaś porażka, tragedia i się poddają. Odbierają sobie życie, zamiast spróbować zmierzyć się z problemami, nawet tymi największymi. Niech pani napisze koniecznie, że jeżeli ja mogłem się podnieść, to inni też. Naprawdę warto. Bardzo kocham życie…

W księdze pamiątkowej synagogi zacytował Pan słowa Eleonor Roosevelt: „Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno swoich marzeń”. Co te słowa znaczą dla Pana?

– Moje marzenia się spełniają, ale ja o nie walczę każdego dnia.